Reklama

Niemożliwe nie istnieje

Niemożliwe nie istnieje

PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Litwa Szymon   
wtorek, 01 czerwca 2010 16:52

 



Wyjeżdżamy skoro świt. Pogoda zapowiada się dziś słoneczna. W Podlesicach jesteśmy o 4:50. Na parkingu pełno samochodów, w niektórych śpią ludzie, ktoś leży w śpiworze obok auta. Za dziesięć minut otwierają biuro zawodów. Jesteśmy tak wcześnie bo chcemy mieć dużo czasu by studiować mapy, obrać kolejność zaliczania punktów i prześledzić przeloty między nimi. Mimo krótkiej nocy wcale nie chce nam się spać. Podekscytowanie przedstartowe robi swoje. Otrzymujemy pakiet startowy rozkładamy się obok dyliżansu, z kanapkami i termosami. Trzeba w końcu wrzucić coś na ząb.

 

 

 

5:30

Marek zastanawia się czy wziąć okulary, mówi, że bez nich mało co widzi na mapie.

- No tak, ostatnią rzeczą jaką chciałbym się dowiedzieć przed biegiem to to , że mam ślepego nawigatora. Bajka!!! :-))


6:45

Odprawa się opóźnia. Wraz z innymi ekipami czekamy pod wiatą na ostatnie wskazówki przedstartowe. Dowiadujemy się , że start się opóźni o kilkanaście minut. W tym czasie Marek tłumaczy mi sposoby trzymania różnych rodzajów broni i zasady strzelania z nich. Nie wiemy co nas czeka na strzelnicy. Wreszcie krótka odprawa. Mamy do zaliczenia 15 punktów kontrolnych w dowolnej kolejności, na 13 z nich będą jakieś zadania specjalne, oceniane przez sędziów w skali od 0 – 5, a każdy uzyskany punkt oznacza pięciominutowy bonus na mecie. Więc warto się do tych zadań przyłożyć.

7:35

Start. Ruszamy spokojnie gdzieś na końcu stawki. Rajd jest całodniowy, nie ma więc po co szarpać się z początku. Wybiegamy z ośrodka Diablak. Za bramą większość ekip biegnie w lewo, a my w prawo. Nie jest źle, przed nami tylko dwie ekipy, za nami jedna może dwie. Świetnie, nie będzie kolejki na pierwszym punkcie. Kierujemy się na północ do PK 34. Trasa prowadzi głównie szlakiem. Po 30 minutach bez większych problemów odnajdujemy cel i czekamy na nasze pierwsze zadanie specjalne - strzelanie z łuku. Niby trudno nie trafić z tak niedużej odległości do tak dużej tarczy, a jednak można - Robin Hood ze mnie nie będzie - 3 pudła. Honor drużyny ratuje Marek – 1 trafienie. Dostajemy od sędziów skromne punkty bonusowe, a mogliśmy mieć ich 5. Hmm, no nie tak chcieliśmy zacząć.

 

Biegniemy do drugiego punktu oddalonego o ok. 2 km. Trochę błądzimy, ale w końcu jest. Zadanie składa się z dwóch części, skok przez drewnianą ścianę oraz rzut małą czteroramienną kotwiczką do oddalonej jakieś 10-12 metrów opony leżącej na trawie i przyholowanie jej do siebie. Deskę zaliczamy w pierwszej próbie, oponę w drugiej czy trzeciej. Podbudowani kompletem punktów napieramy dalej. Jest 8:45.

Następny punkt (32) mamy za jakieś 5km. Początkowo tniemy skrótem według wskazań kompasu. Jako że biegnę pierwszy raz w imprezie na orientację, mogę zdać się tu tylko na Marka. Jakoś tak nie do końca mogę uwierzyć, że biegnąc gdzieś poza wyznaczonymi ścieżkami i drogami wpadniemy nagle jakby nigdy nic dokładnie w to miejsce w które planowaliśmy. Biegnę za Markiem. Po dwóch kilometrach docieramy do małej wioski Huby. A jednak to działa. Powoli jestem w stanie uwierzyć, że ta nawigacja to nie taki diabeł straszny. Zaczyna mi się to podobać. Dalej wskakujemy na drogę, po której sądząc z mapy powinniśmy jak po sznurku trafić na PK32. Przestajemy zerkać na mapę, zaczynamy gadać, robimy fotki, następuje pełne rozprężenie. Po naszej prawej stronie malowniczo wznosi się zamek w Bobolicach. Gadu, gadu, a tu droga lekko skręca w prawo, choć nie powinna. No tak, a tyle czytałem na napieraju o pełnej koncentracji.

Nadrabiamy niepotrzebnie około półtora kilometra. Naszym trzecim zadaniem jest ułożenie z czterech różnokształtnych drewnianych klocków jednej z kilku figur zamieszczonych na obrazku. Czas 3 minuty. No cóż 1:0 dla klocków. Zadanie pewnie było banalnie proste, ale nie dla nas. 0 punktów. Eeeee my jednak zdecydowanie wolimy odwalać fizolkę.

 

Dobiegając do punktu kontrolnego 31 już z daleka widzimy co nas czeka. Przyglądamy się jak zawodnik z innej drużyny rozpaczliwie próbuje opanować chodzenie na szczudłach. Czekamy na swoją kolejkę, w tym czasie robimy zdjęcia , odpoczywamy, jemy. Teraz my. Sędzia punktu instruuje na czym polega zadanie. Mamy 10 min. na opanowanie szczudeł i przystąpienia do próby przejścia wyznaczonego odcinka 5m. Każdy z nas ma jedną próbę na ocenę, liczy się lepszy wynik. Początkowo myślę , eeeeee no co w tym trudnego, może mam pierwszy raz w życiu szczudła w rękach ale skoro mamy aż 10 min, jestem raczej wysportowany to spoko dam radę. No i tu porażka, pierwsze 2 minuty to bezskuteczne wdrapywanie się na szczudła i próba złapania równowagi. Cholera, nie wykonałem jeszcze kroku, a czas leci, te przeklęte kije powoli przestają mi się podobać. Słyszę małą podpowiedź od sędziego punktu: proszę spróbować zmienić chwyt. I tu dostałem olśnienia, wchodzę między szczudła, obejmuję je od przodu tak, że teraz przechodzą gdzieś za moimi barkami, pod pachami, wzdłuż bioder. Chwyt wydaje się absurdalny, ale po chwili 2-3 sekundy już stoję. Wiem , że teraz pójdzie lepiej. Zostało 5 min. potrafię już zrobić kilka niezgrabnych szczudłokroków, jest nieźle. Swoje próby zaczyna Marek, korzystając z tego dziwnego podchwytu, szybko zaskakuje o co w ty chodzi. Teraz próba na ocenę. Pierwszy idzie Marek. Mija metr, drugi, trzeci, po czwartym pada.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest świetnie mamy już co najmniej 4 pkt. . Moja kolej, ruszam bez presji, po czwartym metrze czuję, że tracę równowagę, rozpaczliwym rzutem na taśmę stawiam kij na 5 metrze. Mamy 25 minut bonusu. Wow!!!! A w kolejce czekają następne dwa zespoły. Szybko podbijamy kartę, zbieramy manatki i w drogę do PK 30.

 

To Skałki Rzędkowickie, czeka tu na nas piękna trasa wspinaczkowa . Ponieważ łatwiejsze trasy są oblegane przez zawodników SPEED, Marek decyduje się zaliczyć trudniejszą drogę dla MASTERSÓW. Ze zwinnością Spidermana wdrapuje się na górę.

W tym czasie trochę luźniej robi się na łatwiejszych ściankach. Pierwsza wiedzie w jakiejś głębokiej mokrej szczelinie, dochodzę do połowy i tracę pomysł jak tu wdrapać się wyżej. Nie zaliczam. Pytamy sędziego czy wystarczy by tylko jeden z zawodników zaliczył wspinaczkę. Niestety muszą obaj. Skoro już tyle czasu tu spędziliśmy to szkoda odchodzić z pustymi rękami. Decyduję się na wejście tą drugą z łatwiejszych dróg. Teraz idzie mi znacznie lepiej. Zaliczam skałkę i zbieramy kolejne bonusowe minuty. Udało się. Jestem bardzo z siebie zadowolony, gdyż był to mój debiut wspinaczkowy na prawdziwej skale! A swoją pierwszą sztuczną ściankę zaliczyłem trzy dni wcześniej na AWFie.

Dalej przez wolny od bonusów PK29 docieramy do PK28 – tym razem to Jaskinia Piaskowa. Jak to określił Marek – to dziura wielkości zgniecionego wiadra. Dokładnie tak to wyglądało. Nasze zadanie to odnaleźć przedmioty zostawione przez organizatorów w jaskini i dokładnie zapamiętać różne szczegóły. Zakładamy kaski, czołówki i bez zastanowienia wślizgujemy się do „wiadra”. Przez ciasny korytarz dostajemy się do głównej komory jaskini. Tu już przynajmniej możemy się wyprostować. Widzimy zamocowaną taśmę z węzłami, zapamiętujemy kolor, Marek przygląda się rodzajom węzłów. Jest też drugi przedmiot, niebieski sznur z 2 węzłami przypięty owalnym karabinkiem, na karabinku metka, pomarańczowa z dość niewyraźną ceną chyba „13...” Omiatamy jeszcze tylko światłem naszych czołówek jaskinię, czy aby czegoś nie przeoczyliśmy i z powrotem do „wiadra”. Pytanie: ile było węzłów na czerwonym sznurku? Marek udziela rozszerzonej odpowiedzi, bo oprócz liczby trzy podaje jeszcze rodzaje węzłów, kluczka , podwójna kluczka i coś jeszcze czego nie pamiętam. Super . Znów 25 min do przodu.

Do następnego punktu wiedzie piękna leśna biegostrada, a w zasadzie byłaby to biegostrada, gdyby nie cała masa wiatrołomów. Tempo siada. Przechodzimy do marszu. Wykorzystujemy to na uzupełnienie paliwa, kanapki, bułki, parówki idą w ruch. Słodkości mamy na razie dość. PK 27 to znowu policyjny tor przeszkód. Biegniemy przez opony, czołgamy się pod zasiekami, rzucamy granatem do celu i strzelamy z kałacha. Podsumowując – lekko, miło i przyjemnie. Uzupełniamy jeszcze bukłaki i w drogę. Mamy już 38 kilometrów w nogach, a z mapy wynika, że jesteśmy dopiero za połową. Zaczynam się obawiać czy zdążymy zaliczyć wszystko.

Droga do następnego punktu to głównie asfalt. Słońce pali coraz bardziej. Cienia brak. Marek skarży się na swoją nogę, zaczyna trochę odstawać. Nie jestem tym jakoś zmartwiony, w końcu każdy może mieć kryzys, który potem mija . Nie wiadomo czy za 10 km nie będzie odwrotnie. Troszkę zwalniam. Tak docieramy do PK 40 z zadaniem rowerowym. Jeden z członków zespołu musi przejechać rowerem trasę oznaczoną taśmami. Zadanie na czas. W oczach Marka widzę , że nie pali się do jazdy. Szymon jedź pada. Nie ma co dyskutować. Jadę, w tym czasie Marek ma chwilę na regenerację. Zadanie zaliczone , nie wiem na ile punktów, nieważne, byle do przodu.

Kilometr dalej czeka na nas strzelnica. Boże, ja w życiu nie strzelałem z prawdziwej broni. W pozycji leżącej mamy trafić z wiatrówki do tarczy z jakąś kobitą. Dla Marka to bułka z masłem , zalicza 3/3. Ja 2/3. W duchu myślę, i tak nieźle jak na kogoś kto nie był w wojsku. Dostajemy 4 punkty.

Do PK 38 wybieramy łatwy nawigacyjnie wariant asfaltowy przez Dzibice. To około 4 kilometrów. Ból nogi Marka nie bardzo ustępuje. Biegnę kilka metrów przed nim. Boję się, że tempo jest za szybkie i ta niewidzialna nić, na której go holuję, w końcu pęknie. Dyskretnie zerkam za siebie jak się trzyma. Widzę , że go boli, ale napiera dalej. Generalnie lepiej mu się biegnie niż idzie. Dobrze, że nie odwrotnie.

PK 38. Naszym zadaniem jest rozpalić ognisko na czas. Dostajemy kłębek waty, kawałek kory brzozy i ... krzesiwo. Tu widzę jak Marek jest w swoim survivalowym żywiole. Nawet nie pozwala chłopakowi obsługującemu punkt na dokończenie instrukcji obsługi krzesiwa. Bierze je od razu mówiąc, że wie i zbiera się za zbieranie małych gałązek chrustu. Zaczynam robić to samo. Po chwili z wielką starannością i namaszczeniem układamy na wacie uzbierany chruścik. Marek jednym zwinnym ruchem krzesiwa wyzwala całą salwę iskier i już po chwili płonie małe dziesięciocentymetrowe ognisko. Jestem pod wrażeniem. Jasny gwint, jak ja rozpalam ognisko na kiełbaski to zużywam całą wyborczą (gazetę), kilka zapałek, dmucham , chucham, trwa to dłuższą chwilę , a tu ... Copperfield ???

PK 37. Nasze zadanie polega na wbiciu w ciągu 1’30” kijka w ziemię. Kijek  ma może z metr długości i jest wyskalowany co ok. 10 cm , każdy z nich to punkt. Do wbijania ma nam służyć gruby konar drzewa. Rozglądam się dookoła szukając odpowiedniego miejsca dla naszego palika.

W gliniasto - kamienistej polnej drodze widzę mnóstwo dziur zrobionych przez inne drużyny. I pewnie już bym zaczął wbijać, ale spoglądam jeszcze na Marka. Rozgląda się wokoło, a jego skubane spojrzenie mówi mi, że włączył mu się komplikator i nad czymś intensywnie myśli. Ale nad czym tu się zastanawiać ??? Ma kijek , konar, drogę, trzeba tylko bić.

- Czy można bić gdziekolwiek? – pyta sędzinę

Nieco skonsternowana dziewczyna zerka z niepokojem na swój namiot i niepewnie pyta

- Noo, eeee, ale jak gdziekolwiek?

- No tu , obok drogi , na przykład w skarpę?

- Aaaa, tak proszę – odpowiada uspokojona sędzina

Marek chwilę przygląda się rosnącym na skarpie drzewom, zerka na brzeg drogi jeszcze raz jakby wzrokiem prześwietlał grunt. Jednym zdecydowanym ruchem ręki wskazuje miejsce, wymawiając magiczne „TU”. Nie wiem czemu, ale już się cieszę. Piąta kreska chowa się po 15 sekundach!!! No nie, to już absolutny popis Marka. Ale podobno i tak nie jesteśmy najlepsi. Jakaś drużyna wpadła na ten sam pomysł tylko zamiast wbijania wcisnęli kijek w skarpę.

 

Dalej przez Dobrogoszyce biegniemy nad zalew w Kostkowicach.

Teraz czekają na nas kajaki. A ponieważ płyniemy jak pijane kaczki nie otrzymujemy kompletu punktów, bo liczy się czas. Niezrażeni małym niepowodzeniem biegniemy szybko na pobliskie wzgórze, gdzie czeka nas zadanie linowe. Tu między szczytami dwóch skał rozpięte zostały liny. My, będąc do nich podwieszeni, musimy przeciągnąć się do sąsiedniej skały i dotknąć wiszącej taśmy. Zadanie wykonujemy bez większych kłopotów. Podbijamy kartę i biegniemy dalej. Mijamy Kostkowice, przygodnym dzieciakom rozdajemy zbędne wafelki, batony. Zrzucamy balast. Nam się już na niewiele zdadzą. Do mety zostało około czterech kilometrów. Biegniemy przez las. Zmęczenie daje się już mocno we znaki. Brzozy wydają się majestatycznie chylić czoła przed nami.

Po drodze zaliczamy jeszcze PK 41, to drugi dzisiejszy punkt bez zadania i ruszamy na przełaj przez las do mety. Zostały jakieś dwa kilometry. Dość szybko robi się ciemno, słychać w oddali zbliżającą się burzę. Mamy nadzieję, że uda się nam dobiec do mety przed nią. Po kilku minutach dopada nas ulewa, pioruny biją coraz bliżej. Po chwili jesteśmy cali przemoczeni. Biegniemy co sił w nogach. Bardziej na nosa niż kompas. Zaczyna walić grad, nieduży , wielkości grochu. Niemiłosiernie kłuje nas po rękach i ramionach. Żeby tylko nie zaczęły lecieć kurze jajka. Przed gradem chroni nas las lecz nie przed piorunami. Po chwili las się przerzedza biegniemy wśród krzaków i małych choinek. Zerkam do tyłu. Nie ma Marka. Czekam sekundę, drugą jego sylwetka majaczy między drzewkami, jest. Byle do drogi , myślę i biegnę dalej, częściej kontrolując co z Markiem. Dobiegamy do drogi, szczerze to myślałem , że wybiegniemy tuż przy Podlesicach, a jesteśmy przy skrzyżowaniu z Lgotką. Do mety więc jeszcze jeden kilometr. Trzeba było jednak na kompas, a nie na nosa. Brniemy po kostki w wodzie. W Marka wstępują jakieś nowe siły zaczyna mnie wyprzedzać, biegniemy środkiem drogi, bo tu jest najpłycej. W końcu wpadamy na teren ośrodka Diablak, dobiegamy do dmuchanej bramy mety. Jest, udało się, ściskamy i cieszymy się jak dzieci...


W 11 godzin zrobiliśmy około 58 kilometrów, zaliczyliśmy wszystkie 15 punktów, co pozwoliło nam zająć 11 miejsce pośród 37 zespołów w kategorii SPEED MEN. Jak na debiut rajdowy ... ?



I jeszcze jedno w kategorii EASY SPORT zwyciężył MORGOWSKI TEAM, w składzie Robert Saternus, Wojciech Gonsiorczyk. Może ktoś z Was zna tych chłopaków ?


Szymon Litwa

 

zdjęcia Marek Witecki, Szymon Litwa, zdjęcie startu z galerii na stronie www.rajdjurajski.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poprawiony: czwartek, 03 czerwca 2010 20:55
 

Komentarze   

 
0 #8 KATAN JOANNA 2010-06-14 17:57
gratulacje!!!! czytałam z wypiekami na twarzy jestem z was dumna
Cytować
 
 
0 #7 KATAN JOANNA 2010-06-14 17:57
gratulacje!!!! czytałam z wypiekami na twarzy jestem z was dumna
Cytować
 
 
0 #6 KATAN JOANNA 2010-06-14 17:57
gratulacje!!!! czytałam z wypiekami na twarzy jestem z was dumna
Cytować
 
 
0 #5 BeataG. 2010-06-06 11:37
przygodo, przygodo w lesie i nad wodą
po górach połazić i paszczę rozdziawić
łłaaaaaaaa ! :woohoo:

tak mi się skojarzyło z tekstem piosenki czytając relację z rajdu :-)

Panowie - szacun :!:
Cytować
 
 
0 #4 Księżyk Jacek 2010-06-06 11:31
Brawo Panowie !!!
Jeśli komuś bieganie nie wystarcza i szuka mocnych wrażeń – to jest dobry sposób. Przyrządzony smakowitym opisem robi podwójnie dobre wrażenie. Skoro potrafiliście tę przygodę przeżyć ( dodatkowo z dobrym wynikiem ) to możecie się spodziewać w kolejnym sezonie naśladowców. W jednym czasie zbiegły się dwie podobne imprezy - Wasza, oraz Kierat z Naszymi Supermenkami. Taki rodzaj reklamy i przede wszystkim sukcesy które odnieśliście na pewno będzie miał wpływ na większe zainteresowanie biegami terenowymi wśród Truchtaczy.
Jestem pod wielkim wrażeniem i podziwem dla Was i Kieratczyń ;-)

Szymon : dodatkowe punkty bonusowe za tekst
Cytować
 
 
0 #3 katan tomasz 2010-06-06 09:14
Fantastyczny artykuł - Super opis, czyta się jednym tchem. Gratulacje wyniku i oby tak dalej.
Cytować
 
 
0 #2 Kopeć Bożena 2010-06-06 06:16
Artykuł "połknęłam" w kilka sekund z wypiekami na twarzy ;-) piękna przygoda i WIELKIE gratki dla naszych bohaterów :-)
Cytować
 
 
0 #1 Wiesława Katan 2010-06-03 13:24
bardzo mi się podobało. Super przygoda - chciałabym taką przeżyć, ale za wysokie progi na ......
Spisaliście się na medal. Gratulacje. jestem pod wrażeniem :-)
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack