|
2010-05-09 Volkswagen Prague Marathon
( czyli 77 sekund do pełni szczęścia )
 
Wyjazd do Pragi był moim marzeniem od dawna. Zobaczyć Hradczany, Most Karola, Złotą Uliczkę – długo sobie to już obiecywałem, ale zawsze coś stawało na drodze. Więc kiedy po wakacjach 2009r. zaczęliśmy w Truchtaczu rozmawiać o wiosennym maratonie, najlepiej zagranicznym, wiedziałem ze to będzie Praga i tylko Praga. Bardzo szybko dogadaliśmy się z Asią, Wiesią i Tomkiem. Była Nas już czwórka. Jest to o tyle istotne że postanowiliśmy wystartować jako Drużyna ( Truchtaczowa Drużyna po raz pierwszy poza granicami kraju ). Nieco później ( mam nadzieje że skuszeni Naszym zapałem i możliwością zwiedzania Pragi ) do ekipy dołączyli Janusz Kuczmierczyk i Jurek Nowrot. Stronę kibicowsko – techniczną uzupełniały : Maryla, Henia, Basia i Karolina.

W całym praskim pobycie jedynym minusem był fakt że mieszkaliśmy w dwóch różnych hotelach. Następny wyjazd musi być bardziej dogadany pod tym względem. Organizacyjnie pod względem hotelowo - pobytowym zdałem się zupełnie na Tomka. I bardzo dobrze na tym wyszedłem. Tomek zdecydowanie lepiej mówi po angielsku i co najważniejsze świetnie przygotował się do roli przewodnika. Hotel w którym zamieszkaliśmy ( Hasa ) należy raczej hmm… do kategorii „skromnych” Ale : bardzo czysty, tani, położony w pobliżu parku ( trenowaliśmy co rano – zwłaszcza podbiegi ) i co najważniejsze – z własnym lodowiskiem ;-) Niestety na łyżwy brakło nam najnormalniej czasu.
 
Jednak zanim rozjechaliśmy się do hoteli, postanowiliśmy odebrać pakiety startowe. Duży Maraton, duże Expo, więc spodziewałem się dużego Pakietu. I było dużo… reklamówek biegowych. Piszę to bez złośliwości, bowiem duża część materiałów reklamowych dotyczyła zawodów biegowych w całej Europie. Dla takiego, mało doświadczonego biegacza jak ja, jest to skarbnica wiedzy. Poza tym w pakiecie był jakiś kosmetyk, mapa biegu, bon na pasta-party, a osobno otrzymaliśmy : fantastyczną, techniczną, niebieską, koszulkę Adidasa ! oraz również fantastyczny, niebieski plecak !! a wszystko to z logo Praskiego Maratonu !!! Potem jeszcze oczywiście makaronik i rozjechaliśmy się do hoteli. Wieczorem umówiliśmy się aby obejrzeć miejsce startu.
 
Zanim dojechaliśmy na miejsce startu postanowiliśmy sprawdzić trasę którą przyjdzie nam rano pokonać aby stawić się do biegu. Szczegółów nie będę opisywał, zrobię to przy okazji jakiegoś spotkania, ale powiem tylko że przygotowaliśmy się na poranek perfekcyjnie, analizując kilka wariantów dojazdu i wybierając ten właściwy. Wieczór spędziliśmy na Praskim rynku, ale nie za długo. Każdy z Nas czuł już przedstartową gorączkę. Nie pozostawało już nic innego jak umówić się na poranek startowy i udać do swoich pokoi. Wieczorem w pokoju przygotowałem sobie wszystko co potrzeba : maści, plastry, odżywki , śniadanie, numer na koszulkę. Byłem pewny że zrobiłem wszystko, ale czy to wystarczy ?
 
Rankiem dziewczyny zeszły na śniadanie, a ja w ciszy i samotności zjadłem swoje – biegowe. Potem razem z Katanami udaliśmy się już na bieg. ( w tym miejscu taka mała dygresja na temat komunikacji miejskiej : Jestem zachwycony ! Po pierwsze – wg. czeskich tramwaji i metra można ustawiać zegarki, a po drugie – z jednym biletem można jeździć autobusami, tramwajami i metrem. Jakie to proste. Kiedyś u nas było podobnie – co to komu przeszkadzało ? ) O wyznaczonej godzinie wszyscy Truchtacze ( kibice i zawodnicy ) spotkaliśmy się w wyznaczonym miejscu. Było dużo czasu więc mogliśmy zobaczyć miejsce z którego każdy z Nas będzie startował i zacząć powolna rozgrzewkę. I w tym czasie otrzymujemy najbardziej dramatyczną wiadomość dnia, Jurek nie wystartuje!!! ( kontuzja, albo korzonki ) Przejechał tyle kilometrów, aby odebrać pakiet startowy i skończyć na kibicowaniu. Żal. Jednak nie ma już czasu na sentyment – musimy koncentrować się na własnym starcie. Przed samym startem Jurek podchodzi do mnie, patrzy w niebo i mówi : będzie gorąco, Jacek nie zaczynaj za szybko! Przecież wiem o tym, ale będę miał to w pamięci – przez pierwsze 20 km.
 
Staję obok Tomka w boksie startowym – hen daleko od linii startu. Tak daleko że nawet nie słyszymy strzału startera. Że maraton się zaczął orientujemy się w momencie kiedy tłum kieruje Nas do przodu. Po drodze mijamy kibiców: Maryle, Henię, Karolinkę i Basię. Ostatni buziak na drogę. Przed linia startu ( 9 ! min. już biegnie czas brutto ) uścisk dłoni z Tomkiem i … Do Boju Truchtaczu !!!
 
W biegu znalazłem Ciszę. Wśród całego zgiełku, dopingu, muzyki i okrzyków – zostałem sam. Teraz cały bieg jest w mojej głowie. Przygotowałem się jak najlepiej umiałem. Posłuchałem rad Janusza, zrzuciłem wagę , ciężko pracowałem. Nie pominąłem niczego. Teraz tylko Ja i Bieg.
Po chwili mijam Wiesię, krzyczę : „ Brawo Truchtacz” , chwile później dobiegam do Janusza i Asi i znów „ Brawo Truchtacz” I tak będzie za każdym razem kiedy będziemy się spotykać na mijankach.
Nawet nie wiem kiedy dobiegam do 10 km. Czuje że jest za ciepło dla mnie, ale mimo wszystko tempo utrzymuje na czas niewiele powyżej na 3,20,00. Przez pierwsze 10-15 km. biegnę lekkim zygzakiem i nie jest to efekt wczorajszego piwa ale tłumów na trasie. Po 20 km kostka brukowa daje się powoli we znaki. Staram się biec po krawężnikach, bo są stosunkowo szerokie, jednak często powoduje to nadkładanie drogi. A czas ucieka. Przy okazji którejś mijanki widzę czołówkę biegu. Wiadomo : Kenia i Etiopia. A ja dalej swoim tempem. Do 30 km. Jest bardzo dobrze. Niestety potem albo za bardzo uwierzyłem w swoje siły, albo przyspałem. Czas bowiem mocno przyspieszył, w przeciwieństwie do mnie. Ok. 38 km. wiem że mogę mieć problemy ze spełnieniem swojego marzenia. Rekord będzie, jednak nie poniżej 3,30,00. Gonię wynik ostatkiem sił. Już tak blisko mety a nogi coraz cięższe. 41, 42 km. Ostatnie metry. Kątem oka widzę Basię jak mnie dopinguję. Meta. I łzy. 77 sekund brakło. Jestem szczęśliwy, ale nie do końca spełniony.
Za metą na gorąco analizuje : gdybym nie przespał 32-38 km może dałbym radę. A tak trzeba czekać na jesień. Może wtedy się uda ?
Za metą czeka na mnie Basia. Witamy się jak po długim rozstaniu ;-) Idę przywitać się z resztą kibiców i szybciutko przebrać. Trzeba dopingować przecież resztę Truchtaczy. Asia, Janusz, a później Wiesia z Tomkiem meldują się na mecie. Każdy ze swoją radością ale i ze swoim bólem. Zwycięstwo i porażka, nierozerwalni wpisane są w Naszą pasję. My będziemy już w pokojach, wykąpani, przebrani, szykujący się do powrotu na rynek, a tam zawodnicy dalej zmagają się z Biegiem. Ostatni ( Sutton Roger z Anglii ) przybiegnie na metę o godz. 16,07,37 , a start był o 9,00!!!
Praski Maraton AD 2010 to już historia. Ale tegoroczny - to Nasza Historia !!!
Wieczorem dowiadujemy się że najlepszą zagraniczną drużyną biorącą udział w biegu został Truchtacz Mysłowice. Zajęliśmy 16 !!! miejsce.
Po powrocie na rynek spacerowaliśmy po Praskich uliczka do późna w nocy. I poszliśmy w końcu na tak bardzo upragnione przeze mnie czeskie piwo. Najlepsze ciemne piwo jakie w życiu piłem ( w knajpce „Pod dwoma kotami” ).
Następne trzy dni spędziliśmy na zwiedzaniu Pragi. ( i na piwie ) Ze świetnie przygotowanym do roli przewodnika Tomkiem zwiedziliśmy m.in. : Hradczany, Most Karola, Bazylikę św. Vita, oglądaliśmy uroczystą odprawę wart na zamku, Orloj na ratuszu Staromiejskim, Żydowską dzielnice Josefov , cmentarz artystów i bohaterów na Wyszehradzie i dużo więcej. Zakończyliśmy to we wtorkową noc uczestnicząc w przecudnym spektaklu Jeziora Łabędziego. Jednak głównymi bohaterami byli nie artyści Baletu Czeskiego, a … Fontanny. Grające, Podświetlane Fontanny. Widok przecudny.
Było dla ducha, ale zadbaliśmy też i o ciała. Z jednej strony poranne treningi ( w Naszym parku trudno było znaleźć 30 m płaskiego terenu, więc były same zbiegi i podbiegi, a jakby komuś było mało na deser zostawały 100m schody ), z drugiej strony odwiedzaliśmy znane Praskie restauracje. Na jednej z kolacji byliśmy w Hostincu U Kalicha. Czyli tam gdzie bywał Szwejk. Jedzenie trzeba przyznać że było dobre, piwo – niezłe. Jednak w tym miejscu nastąpił najbardziej nieprzyjemny epizod naszej wycieczki. Po kolacji otrzymaliśmy wspólny rachunek. Rano chcąc się rozliczyć, stwierdziliśmy że wszystko czym nas częstowano, a nie było zamawiane – zostało dopisane do rachunku. Ale co gorsza, dopisano nam kilkaset koron ponad to !!! Bracia Topfer ( właściciele ) reklamują się : „Kto nie był u Kalicha – nie był w Pradze” Pewnie to i prawda – bo warto poczuć atmosferę Pragi Szwejka. Ale pamiętajcie : Koniecznie sprawdzajcie rachunki – bo oszukują. Przykre !!!
 
Żeby nie kończyć tak przygnębiająco chciałem zaznaczyć że to nie była jedyna restauracja/knajpka/?/ którą odwiedziliśmy. Pod dwoma kotami, U kocura, ( co z tymi kotami ? ) itd. a przede wszystkim Pivovarsky Dum – warto odwiedzić, jedzenie bardzo dobre, ceny przystępne, obsługa miła, i w tej ostatnie niezliczona ilość rodzajów piwa ( bananowe, wiśniowe, pszeniczne … a nawet pokrzywowe ! )
Tak to było w Pradze.
Dzisiaj kończę odpoczywanie, zaczynam nowe treningi i zastanawiam się nad jesiennym wyjazdem. Bo warto. A z Truchtaczami – dwa razy warto ;-)
I tylko te 77 sekund !!! …
Jacek Księżyk
PS. Zapomniałem o wynikach
Prague International Marathon
Zwycięzcy :
1. Kiptanui Eliud ( Kenia ) czas : 2,05,39 ( rekord trasy )
1. Kirop Helena Loshanyang ( Kenia ) czas : 2,25,29
Najlepsi Polacy :
42. Piotraszke ( ? ) Paweł czas : 2,31,52
588. Popiel Grażyna czas : 3,20,28
( mam nadzieję że nikogo nie przeoczyłem i nic nie poprzekręcałem )
Truchtacze ( w nawiasie miejsce w kategorii ):
1258. Księżyk Jacek ( 214 ) czas : 3,31,17 ( rekord życiowy )
3071. Katan Joanna ( 84 ) czas : 4,13,14
3290. Kuczmierczyk Janusz ( 70 ) czas : 4,19,03
3930. Katan Wiesława ( 49 ) czas : 4,39,41
3931. Katan Tomasza ( 1649 ) czas : 4,38,29
----. Nowrot Jerzy – niestety kontuzja
I to tyle ;-)
|